Lekarze stażyści z USK niosą pomoc medyczną

Lekarze stażyści z USK niosą pomoc medyczną uchodźcom



73 młodych lekarzy, odbywających staż podyplomowy w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu, pomaga uchodźcom wojennym z Ukrainy w punkcie recepcyjnym przy ul. Wittiga. W akademiku, do którego uciekający przed wojną trafiają na 2-3 dni, zorganizowali gabinet lekarski. Prowadzą go we współpracy z farmaceutami z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i wrocławskich aptek. Każdego dnia wolontariusze przyjmują kilkunastu pacjentów, głównie kobiety i dzieci, także osoby starsze i niepełnosprawne.

Na co dzień w szpitalu przy ul. Borowskiej pracują m.in. przy przyjęciach pacjentów, uczestniczą w wizytach lekarskich na oddziałach, pomagają w punkcie szczepień. I właśnie od zamiaru szczepienia uchodźców przeciwko COVID-19 wszystko się zaczęło. – Kiedy wybuchła wojna i pierwsi uchodźcy zaczęli masowo przybywać także do Wrocławia, pojawił się pomysł, że warto byłoby ich zaszczepić – opowiada Izabela Cendal, stażystka z USK, inicjatorka lekarskiego wolontariatu. – Wrzuciłam pytanie na naszą wewnętrzną grupę na Facebooku, czy znaleźliby się chętni do pomocy. Od razu zgłosiło się ok. 30 osób, ale to był dopiero początek. Grupa zaczęła się błyskawicznie rozrastać, w krótkim czasie liczyła już 73 osoby. Jest wśród nich kilkunastu Ukraińców, co bardzo nam ułatwia porozumiewanie się z uchodźcami. Bardzo szybko okazało się bowiem, że chętnych na szczepienie wprawdzie za wielu nie ma, za to jest całe morze innych potrzeb.

Potrzebni każdego dnia
Wolontariusze pojawili się w akademiku niemal natychmiast po przekształceniu go w tymczasowy dom dla uchodźców. Już w niedzielę 27 lutego pochodzący z Ukrainy stażysta udzielał na miejscu doraźnej pomocy medycznej. Następnego dnia młodzi lekarze przebadali dzieci, w kolejnych zajęli się dorosłymi, przyjmując ich w zorganizowanym naprędce gabinecie. Doszli do wniosku, że najlepiej byłoby tu być codziennie, przynajmniej przez kilka godzin. Rotacja wśród uchodźców jest duża, co kilka dni jedni jadą dalej, a przybywają następni. Wśród przerażonych wojną, zmęczonych niebezpieczną i długą podróżą ludzi jest wielu przewlekle chorych, nie brakuje też ostrych przypadków. To najczęściej dzieci z infekcjami, którym zwykle pomagają leki przeciwgorączkowe. To jedne z tych medykamentów, które pochodzą ze zbiórek i którymi dysponują wolontariusze. Nie zawsze jednak leki dostępne bez recepty wystarczają. Jedna z takich sytuacji dotyczyła kilkuletniego chłopca.
– Dziecko miało wysoką temperaturę, która nie spadała mimo zastosowania leków przeciwgorączkowych, a badanie osłuchowe mogło wskazywać na zapalenia płuc – opowiada Izabela Cendal. – Chłopiec wymagał dalszej diagnostyki, więc zawiozłam go na SOR do szpitala na Borowskiej. Jako stażyści, nie mamy pełnych praw wykonywania zawodu lekarza. Nie możemy np. wystawiać recept. To był duży problem na początku działania punktu recepcyjnego. Po każdą receptę trzeba było jeździć do lekarza z SOR. Było to bardzo kłopotliwe, ze względu na dużą odległość między ulicami Wittiga a Borowską. Raz miałam taką sytuację, że kiedy jednej z pacjentek przywiozłam receptę, już nie zastałam jej w akademiku. Jak się okazało, wsiadała już do podstawionego autobusu, którym razem z całą grupą miała jechać poza Wrocław. Udało mi się złapać ją dosłownie w ostatniej chwili.

Bywa, że recepty okazują się potrzebne nawet w przypadku tych pacjentów, którym uciekając z Ukrainy udało się zadbać o swoje leki. Starsza pani z chorobą niedokrwienną, jadąc do Polski wzięła ze sobą całą walizkę leków, które przyjmowała od lat. Jednak jej bagaż zaginął, omyłkowo trafił gdzieś indziej, więc na jakiś czas przerwała leczenie i jej stan się pogorszył. Walizka w końcu się znalazła, ale wcześniej kobieta wymagała pilnej pomocy lekarskiej.

Leki, których w Polsce nie ma
Kłopot z „wycieczkami” po recepty rozwiązał się, gdy do pomocy włączyli się farmaceuci z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i wrocławskich aptek, którzy zgodnie z przepisami mogą je wystawiać. Dzięki tej współpracy tę sprawę można już załatwić na miejscu. Z lekami związany jest także inny problem, który już zaczyna się uwidaczniać w kontekście uchodźców cierpiących na przewlekłe choroby.
– Wiele leków stosowanych na Ukrainie nie jest dopuszczonych do obrotu w Polsce ani w innych krajach Unii Europejskiej – mówi koordynatorka wolontariatu stażystów USK. – Mieliśmy w akademiku np. pacjentkę po chemioterapii. Pokazała nam swój zestaw leków. Ani jeden z nich nie jest dostępny w Polsce. Przyczyną jest fakt, że Ukraina nie należy do UE. Zapewne wielu przewlekle chorym uchodźcom trzeba będzie na nowo ustawiać specjalistyczne terapie, bo kontynuacja leczenia będzie niemożliwa. W warunkach punktu recepcyjnego, w którym pacjenci przebywają tak krótko, jest to bardzo trudne. Pozostaje nam wystawianie skierowań do specjalistów.

Lekarze pomagający uchodźcom wojennym mają świadomość, że ich pacjenci to szczególna kategoria, z jaką nigdy wcześniej nie mieli do czynienia. To ludzie zmuszeni do chowania się przed bombardowaniem w piwnicach, uciekający ze swojego kraju pod ostrzałem, zostawiający nieraz cały dorobek życia, którzy często nie mają już do czego wracać, bo ich domy zostały zrównane z ziemią. Na dramatyczną sytuacje reagują różnie. Niektórzy przychodzą do gabinetu lekarskiego tylko po to, żeby porozmawiać. Inni milczą i trudno do nich dotrzeć. Dzieci po przejściach często boją się każdego, kogo nie znają, a kiedy słyszą obcy język, chowają się za swoimi mamami. Choćby ze względu na najmniejszych pacjentów, niezwykle ważny jest udział w lekarskim wolontariacie stażystów pochodzących z Ukrainy. Do pomocy zgłosiło się także kilku stażystów Rosjan. Nikt ich nie pyta o kwestie polityczne. Chcą pomagać, pomagają i tylko to jest ważne. Przydaje się też znajomość języka, bo wielu Ukraińców, zwłaszcza starszych, porozumiewa się tylko w języku rosyjskim.